Przekazy o wampirach i upiorach pojawiają się we wszystkich kulturach, trzy takie diaboliczne kobiety miały grasować w regionie wałbrzyskim, a ich działalność odnotowano m.in. w kronikach i dokumentach sądowych. Kim były i jak walczono z wampirzycami z Sudetów?


Kobiety upiory o krwiożerczych upodobaniach znane były na całym świecie, jednak to z naszego regionu pochodzi jedna z najstarszych tego typu postaci wampirzego panteonu Europy. I co ciekawe, jak zauważa Bartłomiej Grzegorz Sala, twórca kompendium pt. W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów, to właśnie kobiety wampiry przeważały w Sudetach nad swoimi męskimi odpowiednikami. Na trzy krwiolubne panie przypada u nas jedynie jeden pan - upiór z Rybnicy Leśnej.

Brodka (Bródka), żona garncarza

W szesnastowiecznej kronice czeski kronikarz Hájek opisał historię czarownicy Bródki/Brodki oraz serii tajemniczych zdarzeń, do jakich doszło w 1345 roku w Lewinie Kłodzkim. Mieszkał tam garncarz Duracz z żoną. Brodka, bo tak się nazywała, miała ponoć tajemne układy z samym Lucyferem. Miejscowi nasłali na nią biegłego w egzorcyzmach kapłana, a kobieta unikała go. Nie odwlekła jednak ostatecznego... i po spotkaniu z egzorcystą zmarła. Wedle innych przekazów, Duracz był bardzo dobrym rzemieślnikiem i dzięki uczciwej pracy i oszczędnemu życiu z kochającą żoną dorobił się majątku, przez co budził zawiść innych garncarzy. Zaczęli oni tworzyć plotki o tajemnych i nieczystych źródłach powodzenia konkurenta. Plotka była rozpowszechniana i jak Duracz pojechał na targ do Wrocławia by wystawić swoje wyroby, do jego żony przyszedł pijany i żądny krwi tłum. Do linczu nie doszło, ale kobietę związano powrozem, a po napaści poddano ją całym godzinom egzorcyzmów. Udręczona zmarła, nim mąż przybył jej na ratunek. Oszalałego ze zgryzoty garncarza skazano za obcowanie z siłami piekielnymi i powieszono. 



Pochowana jako czarownica na rozstaju dróg kobieta nie tylko nie spoczęła w spokoju, ale zaczęła dokuczać mieszkańcom Lewina i innych okolicznych osad. Widywano ją pod jej własną postacią, upodobnioną wyglądem do innych ludzi i pod postacią ziejącej ogniem krowy. Żaden inny upiór znany z literatury tego nie powtórzył.

Brodka Duraczowska miała być tak zawzięta i mściwa, że zabijała w gniewie. Specjalizowała się w pobiciach ze skutkiem śmiertelnym, po takim akcie furii przypuszczano również, że musiała też następować konsumpcja krwi, bo gdy odkopano jej ciało i przebito kołkiem, wylało się z niego bardzo dużo krwi. Wedle podań przedstawiających Brodkę jako ofiarę zazdrości i przesądów, upiór miał nachodzić jedynie oprawców swoich i ukochanego męża. A jego furia podyktowana była chęcią odwetu. 



Treściwy kołek nie zabił upiora, ponoć sam go sobie wyjął, i dalej siał spustoszenie w Górach Orlickich. Ostatecznie, ciało Brodki Duraczowskiej zdecydowano się spalić. Jednak i to nie udawało się miejscowym, dopóki przesądny lud do ognia nie podrzucił drewna z gontu lewińskiej świątyni. Tak Lewin Kłodzki pozbył się tego niejednoznacznego potwora, a jedynym materialnym akcentem, jaki pozostał z tamtych czasów, z wyjątkiem wpisu do kroniki, jest wielokrotnie przebudowywany od XIV wieku kościół. Podania wskazujące Brodkę jako osobę niesprawiedliwie osądzoną dodają jeszcze pointę w postaci jej szlochów słyszanych do dziś na rozstajach, w miejscu spoczynku pięknej żony rzemieślnika. To skarga na niesprawiedliwość i zawiść sąsiedzką, której razem z ukochanym mężem zaradna niewiasta stała się ofiarą.    




Zmora, córka rycerza

Morsława, wedle legendy, urodziła się jako siódma córka rycerza, właściciela wieży mieszkalnej w Siedlęcinie. Rycerz pragnął syna - sukcesora, a siódma córka całkowicie pogrzebała jego nadzieje, bo po jej urodzeniu żona właściciela warowni zmarła w połogu. Siostry Morki wydano za mąż lub wysłano do klasztoru, a najmłodsza córka miała osiąść z mężem w wieży. Problem w tym, że została starą panną. Przypisywano jej koszmarny charakter, nienawiść do ludzi, miała być garbata i utykać. Niepełnosprawność wedle podań nie była wrodzona, ale nabyta w dzieciństwie - dziecko miało spaść z ławy i połamać się. Brak odpowiedniej opieki lekarskiej uczynił z niej kalekę. Podły charakter córki rycerza mógł wynikać z wychowania w atmosferze pełnej pretensji za śmierć żony i matki, a także pogrzebanie szans na przedłużenie rodu, a jej fizyczne ułomności i naznaczenie przez innych mogły dodatkowo pogłębiać zamiłowania Morsławy do przemocy. Już za życia mówiono o niej Zmora. Skarżyły się na nią służące, rzekomo przez dziewczynę pobite. 



Po śmierci Zmorę widywano w okolicach Siedlęcina, szczególnie często jej pasja do destrukcji objawiała się wiosną, na przednówku. Miała się pojawiać i być przyczyną wszelkich nieszczęść - od bałaganu w chałupach, przez duszenie kur i straszenie zwierząt gospodarskich. Miała też dusić ludzi, przemieniać się w ćmę lub komara, a nawet kruka. Grób Wiosennej Zmory rozkopano i zmarłą przebito kołkiem, tradycyjnie już - wedle podań o wampirach - Morka była nietypowo ułożona w trumnie. Kołek i woda święcona na krótko powstrzymały upiora.

Czara goryczy się przelała, jak karbowy Witold Szelest oskarżył Zmorę o uduszenie swojej żony. Sprowadzony z Jeleniej Góry egzorcysta wypędzał upiora z całej wsi, aż przeszedł ze swoimi sposobami na nieumarłych do wieży rycerskiej. Rosła tam stara lipa, do niej podszedł egzorcysta z glinianym naczyniem. Jego modły miały spowodować pęknięcie drzewa i wydobywanie się z niego ciemnego dymu. Uwięziono go w naczyniu, egzorcysta uznał, że tą upiorną mgłą jest właśnie Zmora. Jak wrócił do Jeleniej Góry, to problem naczynia pozostawił do rozwiązania mieszkańcom Siedlęcina. Oni zaś próbowali naczynie utopić w Bobrze przywiązując do kamieni. Naczynie zaś wypływało natrętnie, a nawet miało płynąć pod prąd rzeki.



Ostatecznie jednak Zmora do Siedlęcina nie wróciła. Miała się uwolnić z naczynia i czatować nad Bobrem na wędrowców, ale choć obrzucała ich kamieniami, to już nikogo nie udusiła. Z rzucanych przez nią głazów miał nieopodal Lipnika powstać wąwóz zwany Tartarem nawiązujący swoją nazwą do mitologii, a pochodzeniem do upadłej duszy Zmory. Do dzisiejszych czasów przetrwała też wieża w Siedlęcinie, gdzie - wedle legend - żyła rodzina Morsławy. 


Proces wampirzy w Bolkowie

O ile informacje o Zmorze nie są dokładnie umiejscowione w historii, to przypadek wampira z Bolkowa jako opisany w cesarskich annałach w Wiedniu ma nawet datę dzienną - 12 kwietnia 1602 koku - wówczas Władysław von Zedlitz wysłał do Wiednia swojego przedstawiciela. Pan ziem bolkowskich na prośbę swoich poddanych próbował wykryć sprawcę dziwnych zdarzeń. Jak nie poradził sobie sam, wezwał na pomoc ekspertów.

W Górach Wałbrzyskich i Kaczawskich od 1601 roku grasowała istota nawiedzająca dziewczęta we śnie i pożywiająca się ich krwią. Możnowładca przesłuchał osłabione upływem krwi panie, a także egzorcystę ze Świdnicy, który miał upiora wygnać. Egzorcyzmy i śledztwo prowadzone przez możnowładcę nie pomogły.



W kwietniu 1602 r. do Bolkowa przybył posłaniec, który zabrał akta śledztwa, a po zapoznaniu się z nimi przybyła do naszego regionu cesarska komisja, która miała sprawę zbadać i rozwiązać. Działania gości rozpoczęły się w maju i polegały zarówno na przesłuchaniach świadków, jak i próbach odnalezienia sposobu na pozbycie się wampira. Wszystko jednak na nic. Kobiety nadal uskarżały się na koszmary nocne i mdlały z upływu krwi. Nie ma też pewności, czy bolkowski wampir zabijał, czy "tylko" podduszał ofiary podczas posiłku.



W końcu tajemnicę złego ducha odkryto przypadkowo. Pewnej nocy upiora złapano na gorącym uczynku, zobaczono, jak dusił dziewczynę, przełomem okazało się też odkrycie, że rok wcześniej zmarła kobieta zamieszkująca okolice zamkowych murów. Miała za życia zajmować się czarami, a po śmierci grasować po okolicy i pożywiać krwią. Komisja cesarska wydała zatem wyrok, rozkopano grób bolkowianki i spalono jego zawartość. Miasto zostało uwolnione od wampira, który ostatecznie okazał się wampirzycą. 

Władysław von Zedlitz zmarł w 1628 roku i został pochowany w opactwie w Krzeszowie, jego ozdobny sarkofag można podziwiać w Mauzoleum Piastów do dziś.



Źródła:
Bartłomiej Grzegorz Sala, twórca kompendium pt. W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów, Olszanica 2016,
Urszula i Aleksander Więcków, Legendy Karkonoszy i okolic, Wojewódzki Dom Kultury w Jeleniej Górze 1984.
https://www.naszeszlaki.pl/archives/7940
fot. obiektów - Wikipedia, ilustracje pixabay
oprac. Elżbieta Węgrzyn