Według wyliczeń Narodowego Funduszu Zdrowia nawet co trzeci pacjent nie przychodzi na wcześniej umówioną wizytę u specjalisty. Gdyby chorzy, którzy nie zamierzają przyjść na taką wizytę, poinformowali o tym wcześniej poradnie, kolejki do specjalistów były o wiele krótsze. Dowód? W 2015 roku do poradni ortopedycznych i traumatologii ruchu nie zgłosiło się 13 842 osób. Teraz w kolejkach do tych poradni czeka 13 923 osoby.

Koszmarnie długie kolejki do specjalistów od lat są problemem niemożliwym do rozwiązania. Najdłużej, bo nawet 3-4 lata trzeba czekać na wizytę do endokrynologa. A kolejkę można by skrócić co najmniej o rok, gdyby wszyscy zarejestrowani, którzy z jakichkolwiek powodów nie mogą przyjść na umówioną wizytę wcześniej poinformowali o tym przychodnię.

Przykładem tego, dość lekceważącego podejścia do planowanych wizyt u lekarzy specjalistów może być Dolny Śląsk. Joanna Mierzwińska, rzeczniczka NFZ we Wrocławiu poinformowała, że w pierwszym kwartale 2016 r. na wizyty u specjalistów nie zgłosiło się 5 687 osób, z których tylko 1 997 wcześniej odwołało wizytę. Poza tym 368 osób zostało wykreślonych z kolejek, bo nie dostarczyli oryginału skierowania w obowiązującym terminie 14 dni. Od 1 stycznia br. mamy bowiem obowiązek rejestrując się w poradni specjalistycznej, w ciągu dwóch tygodni dostarczyć skierowanie do specjalisty.

Od 1 kwietnia do 31 grudnia ubiegłego roku do dolnośląskich poradni kardiologicznych nie przyszło 5 730 chorych, a w kolejce do nich czeka 12 230 osób. Wizyty u endokrynologów opuściło 1 985 osób, w kolejce czeka 10 500 osób. Większość chorych nie poinformowała przychodni, że nie pojawi się u lekarza. – Jest to wielki problem. 20-30 proc. chorych nie przychodzi na umówione wizyty w poradniach i co gorsza, nie uprzedza o tym. Gdyby nas poinformowali, można by było zamiast nich przyjąć innych pacjentów i kolejka by się skróciła, a tak termin po prostu przepada – powiedziała Barbara Korzeniowska, zastępca dyrektora ds. lecznictwa otwartego w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu.  Uważa ona, że nieprzychodzenie pacjentów na planowane wizyty utrudnia prawidłowe zaplanowanie pracy lekarzy. Żeby nie marnować ich czasu w szpitalu starają się choć częściowo zabezpieczyć przed takimi sytuacjami. – Rejestrujemy trochę więcej pacjentów niż przewidywana statystycznie ilość osób, które ni przyjdą na wizytę. Oczywiście, czasem niesie to ryzyko konfliktów kiedy okaże się, że dwóch pacjentów jest zarejestrowanych na tę samą godzinę, ale większą szkodą jest marnowanie publicznych pieniędzy albo niewykonanie kontraktu.

Przychodnie specjalistyczne starają się zapobiegać takiemu przepadaniu wizyt. Stosują w tym celu różne metody. Pacjentom, którzy są zapisani na bardzo odległe terminy, np. za rok, rejestratorki podają tylko miesiąc, np. lipiec 2017 i proszą, żeby miesiąc wcześniej zadzwonił, wtedy wyznaczają mu konkretną datę wizyty. Mimo to i tak 15- 20 proc. pacjentów nie przychodzi na wizyty. A bywa, że do specjalisty nie przychodzi nawet połowa zarejestrowanych osób.

Inny pomysł na spóźnialskich pacjentów to przypominające sms-y, które są wysyłane do pacjentów na dzień przed wizytą. Ale i tak część pacjentów nie przychodzi do lekarza i nie informuje o tym. Za niezgłoszenie się w umówionym terminie pacjentom nic nie grozi. Nic, poza czekaniem w długich kolejkach.