W niedzielne popołudnie, 13 maja, dwie rodziny wybrały się na spacer z Podzamcza do zamku Cisy. Kiełbasek nie upiekli, musieli wzywać karetkę.


- Razem za znajomymi i dziećmi poszliśmy w niedzielne popołudnie w kierunku zamku Cisy. Szliśmy piechotą wolno przez las, mieliśmy w planie zwiedzanie i ognisko z kiełbaskami. Schyliłem się w pewnym momencie i sięgnąłem po kwiatka. Poczułem ukłucie w kciuk i myślałem, że zahaczyłem o kolec, ale kolega dostrzegł, że to była żmija - opowiada pan Tomasz, mieszkaniec Podzamcza. Ostatniej niedzieli przestraszył on kryjącego się w zaroślach gada i do dziś odczuwa skutki tego spotkania. - Zobaczyłem na kciuku dwa nakłucia po ugryzieniu. Mieliśmy apteczkę i zrobiliśmy jałowy opatrunek. Myśleliśmy, że na tym się skończy - opowiada wałbrzyszanin.

- Koleżanka, która z nami spacerowała pracuje w firmie medycznej i uprzedzała, że powinniśmy pogryzienie od razu zgłosić, ale mąż nas uspokajał, że jest wszystko w porządku i powinni skończyć wycieczkę - wyjaśnia pani Iwona. Pan Tomasz ściągnął z ręki z opatrunkiem obrączkę i bransoletę. Jak większości mężczyzn nie spieszyło mu się do spotkania z lekarzem, zwłaszcza, że w wielu przypadkach ukąszenia żmii kończą się strachem, bo gad nie zdąży wstrzyknąć jadu. Tym razem niestety było inaczej.

- Mąż chciał nawet kontynuować spacer, bo nie odczuwał początkowo żadnych dolegliwości. Mieliśmy jechać do szpitala po powrocie, ale palec, a następnie cała ręka zaczęła mu puchnąć - wspomina żona poszkodowanego. - Po około pół godziny zaczął się "Sajgon"... Koszmar totalny. Ręka tak napuchła, że nie mogłem jej nawet zgiąć. Zrobiło mi się słabo, miałem mroczki przed oczami. Ciężko mi było oddychać. Na szczęście żona szybko zareagowała i zadzwoniła po karetkę - wylicza mieszkaniec Podzamcza. Co było dalej, już nie bardzo pamięta. Wie tylko, że karetka przyjechała bardzo szybko i szybko trafił do szpitala. - Zadzwoniłam na 112, połączono mnie z GOPR-em. Trudno mi było wyjaśnić w zdenerwowaniu dyspozytorowi z Wrocławia, gdzie dokładnie jesteśmy. Jak wskazaliśmy lokalizację, szybko przyjechała karetka - opowiada wałbrzyszanka.   

- W szpitalu spędziłem dobę, podano mi surowicę i niezbędne leki. Teraz rękę mam całą w siniakach. Po ugryzieniu bardzo bolą mięśnie i wszystkie tkanki, takiego przeokropnego, miażdżącego i pulsującego bólu nikomu się nie życzy - podsumowuje poszkodowany. 
- Mąż napędził nam strachu, z ogniska i kiełbasek oczywiście nic nie wyszło. Uczulam wszystkich, by uważali w lesie i nie bagatelizowali ukąszeń. Jak pomyślę, że to mogło spotkać dziecko... - dodaje wałbrzyszanka.


Elżbieta Węgrzyn
fot. Czytelnika